Loading

Nowy szajs muzyczny

Vargrav - "Netherstorm" (2018)

Nekro      20 sierpnia 2018      Recenzje, Muzyka

Okazjonalne powroty do przeszłości. Ach, czy nie jest, powiedz, czasem miło rozsiąść się wieczorem w fotelu przy wyśmienitym, jednokolorowym drinku, worku pistacji z biedronki, cynamonowej świecy zapachowej i powspominać stare, dobre czasy? Czasy, kiedy powietrze pachniało bardziej słodko, dziewczyny miały dłuższe nogi i jaśniejsze włosy, a wartość pieniądza określał kurs orenżady na miejscu i kostki smalcu w blaszaku na rogu... Kiedy rowery osiągały prędkości dźwięku, seriale puszczał Polsat i RTL7, a internet konstruowało się z puszki i krzty konopnego sznura... Czy takie celebrowane rytuały nie są czymś specjalnym, czymś znaczącym? No, pewnie i są, nie wiem - ja tak nie robię i nie robiłem. Ale debiutancki materiał Vargrav to mocno perfumowana nostalgią płyta jest.

Odpowiada za nią tajemniczy jak wyleżana w stodole słoma, bezczelny srogulec o ko(s)micznym pseudo V-KhaoZ (ale sci-fi, szacuneczek, jestem zaintrygowany jak podlotek i pod dżentelmeńskim wrażeniem), znany (przynajmniej mnie) z takich chochliczestw, jak Druadan Forest czy Oath, czyli rzeczy dość piwnicznych, raczej nie zaszczyczających obecnością craplisty eski rok. Dyć z tego, co widziałem, to kolo udziela(ł) się w około miliardzie różnych projektów, więc niejeden może go kojarzyć z czegokolwiek innego - nie mówię nie, bo przecież można. Generalnie, to da się wyraźnie zauważyć gorączkowy afekt pana Khaoza do kibordów marek przeróżnych i pompatycznych baterii bębnowych, którym daje wycisk w większości swoich granych rzeczy - i absolutnie nie chcę dać do zrozumienia, że to źle - mocny zawodnik wyciśnie diabła nawet z żalejki i innych aerofonów wargowych - i to jest fakt, pobratymcze! W każdym razie, pan V jest z Finlandii, a we Finlandii taka jest tradycja, że jak jesteś Finlandem, to masz grać czorną muzykę, bo obrazisz swoich, polujących gałęziami na mamuty przodków (tudzież ruskie babuszki, jeśliś ze wschodu). Żeby tradycji stało się więc za dość, po raz trzysetny i czwarty nasz bohater dnia postanowił pokazać światu swój kolejny projekt, który, jeśli mnie moja (istotnie zębem czasu nadpierdolona) pamięć nie myli, jest najlepszą rzeczą, jakie jego smukłe (jak mniemam, bo jak grać na klawikordzie kiełbasianymi serdelami?), zziębnięte ręce wydały na rynek do tej to pory.

Nawet półsprawny umysłowo i usznie fan Modern Talking (lubię!) liźnie tu razem z Vargravem gęstą (pełną dość jednowymiarowego, ale uroczego dobra) spuściznę klasyków czornego łojenia, odnajdzie mocno znajome, dźwiękowe punkty zaczepienia i czekpojnty przypominające o kasetach i ulotkach dumnie znaczonych ołowkami grafitowymi w prehistorycznych czasach. Namnożyło się teraz fanów podobnych zboczeń, ale to dobrze - za wiele świeżego soku z takiego rzępolenia się już nie wyciśnie, a wspominki o rzeczach dobrych mają prawo być równie dobre, a niektóre chwaty z szyjobrodą pieją nawet, że lepsze od oryginałów. Podobne zdanie w tym temacie - jak mniemam - ma Pan Vargrav - lepszego nie szuka, bo w klawikordowanym blacku obrał se jedną z przetrzepanych już dróg, w których nie trzeba (a wręcz - z przyzwoitości - nie powinno) obierać nieznanych kierunków - to mniej lub bardziej HvisLysetNightsideEclipse'owy atmospheric o wyraźnie skandynawskiej naturze, z którym słuchacz zrobi wszystko opócz wynalezienia koła.

Takiej muzy nawet nie trzeba rozkminiać i rozbierać, bo raz, że jest prosta, a dwa, że jak rozłożysz czteroczęściową machinę lego, to zostaną Ci jeno cztery kloce. Szkopuł w tym, żeby ta prostota, ten dosadny, ale ulotny czar płynął naturalnym flow przez pełny metraż albumu, a nie natykał się na ambitne-inaczej harce, bo Pan Artysta chciał zaimponować rodzicom, że ta kasa na konserwatorium wcale nie była hożo wypierdolona w błoto. Chodzi mi o malowanie pejzaży, jakie każdy zna z atmo bm i z którymi zdążyliśmy się zapoznać przez ostatnie ćwierćwiecze - tylko wtedy taka jak ta, napędzana, jak wyżej wspomniałem, syntezatorem prostota ma szanse, by nieinwazyjnie połechtać gust odbierającego ją usznie brudasa. Te wszystkie ogólniki idealnie opisują całość "Netherstorm" i w sumie tak też warto tą płytę zostawić. Mimo, że zaczyna się jak soundtrack z Mass Effect, to, mimo lekko gwiezdnego klimatu zła, V trzyma się fińskich lasów w dość bezpieczny sposób. Ot, tu mamy jakie ciemne zamczysko otoczone fosą skrzące się fioletowawym karminem, tutej z kolei jaskinię w środku lasu z którego wychodzi jakieś pięcionogie gówno ruszając czułkami. Tam jakaś wielka zaspa śniegu w ktorej gobliny wykopały se fort, żeby przeżyć siarczyste mrozy, a na skraju lasu sfora wilków drze pizdy w stronę pełnej, niczem dupsko grubej baby, tarczy księżyca.

 

Jest więc standardowo i znajomo, ale ten vargravowy czort tkwi, jak już wyżej rzekłem w szczegółach, nad którymi nie będe już gruszył trzepy, każdy juz chyba wie, o co chodzi. Album stawia na zimną atmosferę i nawiązuje do słodkich, nostalgicznych wspomnień, jakich każdy ongiś doświadczał, nawet niekoniecznie ograniczając się w nich do samej muzyki, ale i do takiego, przykładowo, smalcu, o którym pisałem we wstępniaku. Nie warto więc dalej jałowo pierdolić, a zamiast tego polecam zanurzyć się w tym nieprzyjaznym, ale jakże miłym uchu świecie, jakimi swoimi smukłymi palcami wyczarowuje V-KhaoZ (no naprawdę - chapeau bas i eternalny podziw, niech moc będzie z Tobą!) na "Netherstorm". Szczególnie, że ta muzyka przyjemnie chłodzi łeb w te ostatnie, mocno parne dni i noce.

 

Jak chcesz skomentować, to się zaloguj - opłaci Ci się, koleżko!


Komentarze(0)