Loading

Nowy szajs muzyczny

Watain - "Trident Wolf Eclipse" (2018)

Nekro      13 marca 2018      Recenzje, Muzyka

Śmy se poczekali na nowe płyciwo Szwedów. Stuletni już "Wild Hunt" był konceptem kontrowersyjnym, ale w jakiś sposób intrygującym. Mimo, że coś tam nie do końca pykło, to album na pewno miał w sobie dość chałupniczo polerowane zasoby bogactwa i do dziś uważam, że dałem mu trochę za mało uwagi (szczególnie, że po premierze nie mogłem go znieść jak mokrego psa) i szans na poważniejsze zabłyśnięcie, na pewno nie tyle, na ile by zasługiwał. Naturalnie dla mnie spodziewanym był więc fakt, że jego następca będzie straighforwardowym rozwinięciem starszego brata, w interesujący sposób rozbudowujący tlący się tam śmiało, nowy i osobliwy styl Watain. Tymczasem "Trident Wolf Eclipse" wspólnego z "Gonem" ma tylko tatę.

Na "Trident..." ta groźna kompanija, z niewiadomych dla mnie powodów (ta, czytałem wywiady, ale w nic konkretnego się z nich nie wtajemniczyłem...), postanowiła zrobić karierowy zwrot o sto osiemdziesiąt stopni (abo i wincyj!), kierując się niemal w prostej linii do stylu, w jakim swoją, całkiem przecież imponującą, ścieżkę po scenie zaczęła. A ten, co wie chyba każdy, kto po oddechu robi wydech, to była sroga, szatańska spierdolina oparta to zestaw klasycznych riffów, ostrą jak ta brzytew produkcję i czarno-białą, albumowo-koncertową oprawę upstrzoną czaszkami, wisiorami odwróconych krucyfuksów i ćwiekowanymi naramiennikami. Nad tymi elitarnościami unosił się bezczelny, bezkompromisowy do kwadratu odór trupa i bezeceństwa, który smakuje do dziś jak pączek z czekoladą - oba pierwsze materiały, do których mniej lub bardziej nawiązuje "Trident Wolf Eclipse", to dzisiaj już niezaprzeczalne klasyki wulgarnego blacku składające cześć tak Darkthronom, jak i Hellhammerom. Dlatego, mimo karkołomnej natury posunięcia Szwedów przy okazji swojego nowego gówniaka, ów koncept wcale nie musiał być taki znowu poroniony (jak jakiś płód), a ich mały, śmiały eksperyment miał mocne podstawy do odbębnienia sukcesu. No, miał. 

Powodów takiego posunięcia w kwestii prezentacji nowego-starego oblicza Watain nie mam zamiaru roztrząsać, a to z bardzo prozaicznego powodu - moim zdaniem jest on wybitnie w cyc nieistotny. Nie mnie oceniać wybory muzyków, nawet, jeśli ich popularność i, rechu rech, "kultowość" wybija się ponad normatywną, scenową skalę, bo co mnie to obchodzi, a w ogóle nikogo i tak by to nie obeszło, mimo, że o tym albumie najczęściej pisze się obecnie w internetach właśnie w kontekście "co to się stanęło i dlaczego!?". Ocenić za to - i to z dziką chęcią - mogę to, czym te wybory zaoowocowały, szczególnie, że do owego owocu mam stosunek mocno ambiwalentny, więc może uzewnętrzenienie się na ten temat w tekście przyniesie pewnego rodzaju katharsis (na pewno, kurwa mać, jak zwykle).

Od razu zaznaczę jedną rzecz - bez dwu zdań ten materiał jest jak najbardziej sluchalny i chcących ogarnąć jak mobilizacja Watain najnowszej generacji sprawdza się w praktyce, na pewno nie odrzuci swą chujowością - wynika to poniekąd ze stażu zespołu i tego, że chłopaki od dawna wiedzą już jak zrobić black łechcący ucho tłuszczy, nawet w stylu będącym zaprzeczeniem muzyki przyciągającej tłumy. Zastosowali tu masę prostych, klasycznych patentów z podręcznika małego kultowca, które bawią tak samo, jak (zapewne, bom za smarkaty) bawiły ze dwadzieścia pięć lat temu. Skutkuje to, jako za starych, dobrych czasów, chwalebną bezkompromisowością, ale jednocześnie - siłą rzeczy - małą różnorodnością, która w dzisiejszych czasach jest nie do końca pożądana, szczególnie, kiedy materiał niezbyt pochwalić się może posiadaniem innych przymiotów nęcących do niej złaknionych dobrego kopa brudasów. I to jest właśnie najpoważniejszy problem "Trident Wolf Eclipse" - oprócz rzewnego przypominania, że "kiedyś, to dopiero było!", nie oferuje praktycznie żadnych dodatkowych wersów w tym - eksperymentalnym, bądź co bądź - rozporządzeniu. Ile dziś mamy staroszkolnych załóg korzystających ze spuścizny przedwiecznych, z których tylko mały promil potrafi uwić sobie przytulne gniazdko w szerszej świadomości smakoszy tego typu dźwięków. Są to te muzyczne zjawiska, które owe - wytarte juz przeca do białej kości - wpływy szlifują własnymi narzędziami, malują własnymi pędzlami i pakują do własnej roboty witryny - takie poświęcenie czuje się przy odsłuchu od razu i powiem, że - kurwasz mać niestety - podobnych zabiegów po nowym albumie Watain absolutnie nie słyszę. Robota zrobiona jest bez udziwnień, rzemieślniczo, wszystko gra, nie ma co gadać, ale po co obniżać lot, kiedy do lądowiska jeszcze daleko? Bez względu na to, nawet nieuważny zjadacz ekstremy znajdzie tu konkretne strzały, które towarzyszyć mogą jego głowie przez dłuższy czas. Takimi są, na ten przykład, otwierający, prawie przebojowy "Nuclear Alchemy", posępny jak kieliszek żużlu "Teufelsreich", czy mój ulubiony "Towards the Sanctuary", który - paradoksalnie - jednak stylistycznie wybija się nieco z oparów siarkowodoru, lecąc w rejony bardziej przynależące do przedobrego "Sworn to the Dark", niźli do jego poprzedników. Ale... czy ja wiem, czy te kilka pysznych minut potrafi obronić cały, 42-minutowy album (co ciekawe, "Trident..." jest krótszy od trzech poprzednich płytek o około 20(!) minut) w szerszym i dłuższym dystansie? Dobra, jest dość charakterystyczne, nieco przytłumione brzmienie, belzebubi wokal Danielssona, nieco przypominająca "Casus..." linia utworów, ale generalnie, to cały ten kram konsoliduje się z całą resztą dzisiejszej, old-schoolowej, nie do końca wartej tynfa sceny blackowej. A taki zarzut, mimo że to tylko moje bidne zdanie, uważam za poważny - jeśli chodzi o projekt o takim statusie jak Watain. Nie chcę przekombinować z osądami, bo to po prostu czorne bleczysko nie wymagające filozofowania, tym bardziej pierdolenia jakiegoś - pożal się może - recenzenta, ale na poprzednim albumie brutale zapowiadali zupelnie co innego.

Temuż, mimo złośliwej chęci, nie będę jednoznacznie tego albumu odradzał, ani polecał. Można pochwalić zespół za krok jaki wykonał bez względu na to, czy prowadził w przód czy w tył, można też konfabulować, że ten krok to jedyny trud, na jaki Watain zdobył się podczas tworzenia nowego materiału. Jeśli o mnie chodzi, to "Trident..." jest płytą na pewno wartą parukrotnego osłuchania, aczkolwiek nie taką, do której będę wracał przez dłuższy okres czasu - na jej miejscu wolałbym słyszeć, jak już się wyżej pożaliłem, jakieś ciekawe rozwinięcie "Wild Hunt", czy trochę mniej radykalny powrót do przeszłości, coś w stylu wolniejszego "Lawless...", ale jest to co jest i trza się z tym zaprzyjaźnić, ni ma rady. Dla zapełnienia tła czarnym żużlem, takiego nieangażującego kreowania nieco duszniejszej atmosfery, to ta płyta jest całkiem zdatna, ale do intrygowania kolejnym wcieleniem Szwedów, to już duuużo mniej. No trudno, zobaczym, na co wpadną te odpały przy okazji kolejnych złorzeczeń i liczę jednak na nieco mniej zachowawcze (wbrew wszelakim pozorom) decyzje.

Jak chcesz skomentować, to się zaloguj - opłaci Ci się, koleżko!


Komentarze(0)