Loading

Biadolenie okolicznościowe

Witaj z powrotem, agencie Cooper

Nekro      11 czerwca 2017      Artykuły, Film

Zaraz po globalnym wytrąbieniu powrotu do Twin Peaks, przepotężnie zelektryfikowany tym faktem internet obudował się w miękką, ale grubą na terabajty tkanką domysłów, nadziei, superlatyw i hejtów. Teraz, w końcu, można całe to ciśnienie spuścić do ust przeszłości, bo na chwilę obecną zakosztować możemy już pięć odcinków nowego, powstałego po dwudziestu pięciu latach (od "Fire Walk With Me") sezonu kultowego serialu. Co my tu mamy? Jak to wygląda po ogarnięciu ponad ćwierci całego projektu? Zapraszam na spijanie jadu krótkiej, subiektywnej opinii.

Możliwość oceniania kunsztu DL uważam za przywilej, do którego nie jestem w pełni kompetentny, podzielę się więc dziś, na parę godzin przed szóstym odcinkiem serialu, własnymi wrażeniami raczej na temat samej fabuły tej odsłony TP, niźli jej technikaliów.

Muszę zacząć od rzeczy dość elementarnej - to, co dzieje się na początku trzeciego sezonu to coś, co pokrywa się idealnie (no, może w blisko stuprocentowej bliskości) z tym, jak wyglądałyby przygody w miasteczku, gdyby Lynchowi nie zabrano piniędzy i nie wypierdolono z ABC na zbitą mordę w '91 roku, kiedy słupki oglądalności pikowały jak łyżka z bebiko w gębie Leo Johnsona. Koronny argument większości niepochlebnych (nazwijmy to wprost - kurewnie napastujących) recenzji na IMDB to ten, że przy okazji kilku pierwszych odcinków nowego TP, twórca zmasturbował się swoimi awangardowymi plugastwami (co mu, np. po "Inland Empire" zostały) zapełniając metraże samymi dziko pojebanymi, psychotycznymi rzeczami (z których w końcu jest znany, ale co z tego) podczas, gdy stara odsłona serialu była, że zabłysnę lingwistyką level uber, "viewer friendly", a poza kilkoma momentami mózgu rozjebanego, oglądaliśmy standardowo skrojony kryminał. I po tym można już poznać osoby, które oglądały stare sezony w sposób na tyle powierzchowny (a najpewniej dopiero przed hajpem na sezon A.D. 2017), że niniejszym kończę już ich temat. Sezon trzeci, to - mniej więcej (bo część zdarzeń po 30 odcinku ogarnęły jakieś książki) - bezpośrednia kontynuacja oryginalnej linii fabularnej, ze wszystkimi kosmicznymi pojebactwami, jakie ten fakt za sobą niesie. Spirala psychoschoziopojebania przecież dopiero zaczynała się rozkręcać - jeśli Lynch zostawiłby tak znakomicie rozkopane wątki, to kto by to szanował? Chyba tylko chuje od jedynek na IMDeBie. Potrzebne motywy pociągnął - na szczęście - porządnie jak królowa bułgarskich nierządnic, urządzając sobie slalom wokoło znanych z przeszłości intryg łączących się (lub mających sie połączyć, he!) z nowymi. I - oceniając oczywiście po tych pięciu obejrzanych odcinkach - wykonał szlachetny proceder.

Jest jeszcze jeden motyw  stojący za takim, a nie innym stanem rzeczy - widowni (tej świeżej) od razu pokazać trzeba co to będzie za serial, jakiego to typu będzie doświadczenie - żeby nie było, że nagle w połowie sezonu taki sramerykański popkorniak się obudzi z letargu, że on nic z fabuły nie kuma, a oglądał przecież całym jednym okiem - właśnie to zgubiło Lyncha 25 lat temu i zabiegiem wpakowania w prolog wielu dziwactw sprytnie zabezpieczył się przed podobnym, niemile widzianym audytorium.

A propos, serdeńko - nowe motywy. Mamy tu (na ten jeszcze moment niejasną) sprawę kolejnego zabójstwa, równie zagadkowego co to, którego ofiarą była Laura P. ale skrojonego na miarę stulecia, w którym serial jest emitowany - z należycie przygotowaną warstwą gore, seksu i nałogów, na pewno w jakiś sposób związanego z mitologią TP, którą tylko lekko liźnięto w dwóch pierwszych seriach, a której rozpisanie na kilka świętych ksiąg szykuje się podczas emisji nowego sezonu (a przynajmniej takie mam wrażenie). Motyw jest stary-nowy i czuć też w nim tę niespieszną, ostrożną kalkulację dawkowania klimatu, dokładnie jak w pierwszym sezonie - z tym, że tutaj już na wejściu mamy przynajmniej kilka ważnych akcji, na które scenarzyści muszą dzielić czterdziestominutowe odcinki, dlatego każdy porusza się swoim tempem. Do tej pory żodyn z nich dotkliwie na tym nie ucierpiał, a wręcz przeciwnie - każdy budzi ciekawość i poklask nad aranżacją i budowaniem atmosfery, dobra robota.

Co do starych wątków, to dostajemy całą galerię znanych i lubianych postaci - jest oczywiście agent specjalny Dale Cooper, jest Lucy i Andy, jest Hawk, dama z pieńkiem, Norma, Shelly, Dr Jacoby (w świetnej, takiej "nowolynchowskiej" kreacji), Dennis - a właściwie Denise, jest Bobby, jest Ben i Jerry Horne. Jest nawet James, Leeland i Laura! Oczywiście, znalazło się też miejsce dla samego Mastera Gordona Cole'a - ale za to, że już nie krzyczy, to jest, panowla, lekki minus, cudaczny sposób wysławiania dawał tej postaci plus zylion punktów do osobowości. No nic. Czekać teraz tylko na powroty Harry'ego (ponoć nic z tego), Josie (kto wie, to by było coś!), Audrey (ma być!) i, takie moje osobiste marzenie - Windoma Earle'a. Patrzenie na te wszystkie postaci w czasie teraźniejszym jest niesamowite, ale, jak powiedziałem kobicie z małą łezką wzruszenia - trochę smutne. Na zawsze piękne mieszkanki Twin Peaks nie są już tak piękne - powaby uleciały chyba bezpowrotnie, a twarze nakreślił czas liniami zmarszczek... Bawidamek Bobby to teraz siwy dandys z plamami starczymi, Cooper stracił swoje sarnie oczy na rzecz churchillowych polików wieprzowych, głos Lucy to jeden z miliona innych, kobiecych głosów, a kałdun Andy'ego wygląda, jak ósmy miesiąc ciąży spożywczej. No, nie ma rady, czasu nie oszukasz, a chęć poznania dalszych losów bohaterów była silniejsza, niż chęć zachowania w głowie ich wiecznie młodych i pięknych wizerunków. Mimo wszystko wydaje się trochę, że do tej pory starzy bohaterowie (wyłączając Coopera, który w pięć odcinków wcielił sie już w trzy czy cztery postacie) traktowani są przez twórców neico po macoszemu, dodając potężny ladunek nostalgii, ale nie mogąc udźwignąć ciężaru gatunkowego całego serialu rozwijanego obecnie raczej w milionowych metropoliach niźli leśnych mieścinach. No nic, zobaczymy, co będzie dalej, bo widocznie zapowiada się na lepsze zagospodarowanie postaci starych znajomych.

Jak pisałem wyżej - większość wątków dopiero raczkuje. Te, które przyjęły schedę starych intryg na ten moment też się jeszcze rozkręcają, ale w smaczny sposób - motyw transferu Coopera z Bleklodżu i dalszej wędrówki już w naszym świecie Lynch prowadzi dokonale i z wyuczonym wyczuciem, ale gdzie zaprowadzi - nie mam pojęcia. I to też jest charakterystyczny przymiot Twin Peaks - nie wiesz. Kombinujesz, domyślasz się, ale NIE WIESZ. Jedno jest pewne - mimo wyraźnego klarowania się fabuły wraz z kolejnymi, nowymi odcinkami - to niebawem i tak coś jebnie, a fabuła się strasznie popierdoli. Twórca przyzwyczaił mnie do  takich zabiegów, więc czkam na nie z wywieszonym jęzorem. Na ten moment - jak nie oglądam seriali, to nowy, trzeci sezon Twin Peaks wciągnał mnie nie mniej, co ukochane, stare, dobre odsłony. Rzadko to mówię, ale... w dobrych czasach żyjemy.

PS. To jest setny post na Plazie - w gardło moje zdrowie Twoje!

Jak chcesz skomentować, to się zaloguj - opłaci Ci się, koleżko!


Komentarze(0)