Loading

Nowy szajs muzyczny

Wolves in the Throne Room - "Thrice Woven" (2017)

Nekro      30 grudnia 2017      Recenzje, Muzyka

Kurewne opóźnienia mam na Plazie przez te jebane święta, ta sama sytuacja co przed rokiem, więc nie wiem po co się wkurwiam, ale co zrobić, trzeba żyć. Na pewno nie wyrobię się już z tym całym gównem, które jeszcze chciałem w tym roku dopisać, ale będziem tą lichotę odpracowywać w styczniu, kiedy wszystko (łącznie z temperaturą - w tej chwili jest prawie dokładnie dziesięć stopni na plusie) wróci do normy, jak człowiek do kieratu. Jebać tam, przejdźmy do jakiejś konkretnej treści (w miedzyczasie na ból dupy smarowidło zaaplikowałem, a jak!).

Wilki W Sali Tronowej zebrali se już przez ponad dekadę chyba wszelkie możliwe opinie. Od jelitowych hejtów ganiących ich za nudę, powtarzalność, nieudolne ekperymentowanie i epatowanie "czerwoną" polityką (to zazwyczaj od fanów wczesnego Nokturnal Mortuum, hoho!), po ekstatycznie spuszczalne chwalby o odświeżaniu gatunku, niesamowitym klimacie, szacunku do natury (to chyba od fanów Skyclad) i odwadze w tworzeniu własnego charakteru. Mimo potwornej istoty spierdoliny w postaci poprzedniego albumu, zawsze stawałem raczej w kółku tych drugich, a Wolves był dla mnie projektem dość charakterystycznym, nawet jeśli po pierwszych dwóch pełniakach stali się démodé. Dlatego gęba wygina mi się w śmiałym grymasie zadowolenia, kiedy słucham nowej, tak bardzo spełniającej pokładane w niej nadzieje płyty tych strumykowych bajarzy o nienaturalnie kręconych lokach. A nasłuchać się tego szajsu nie mogę od ponad miesiąca, makabra!

Dzieje tych eko-skurwisynów obserwuję od samego początku, a precyzyjniej, to od tego właściwego początku, czyli od przepotężnego, smakowitego sztosu w postaci "Diadem of 12 Stars" z 2006. Od tamtej pory chłopaki wydały już kilka pełnych płytek, minęły już setki lat i setki black metalowych trendów, z których część została z nami na dłużej, a część przepadła wpizdu, czyli tam, gdzie ich miejsce. Na te wszystkie mody, dyktowania "czego sie teraz słucha" przez internetowych proroków o dziesięciu tysiącach płyt na półkach, niepełnym uzębieniu i (najwyraźniej) problemie z erekcją, wbrew pozorom, Burgery nie są bierni - adaptują się do obecnie popularnych rozwiązań, ale robią to w ten sposób, że na każdym (no, prawie) swoim materiale zachowują własną osobowość, wrzucając też do rondla znaczne dawki klasycznych, łezkę w oku generujących motywów, co każdy rozumny sapiens liczy, rzecz jasna, na plus. Czy tym razem nieprzystojnym braciom Weaver i ich małej ekipie leśnych kasztaniaków udało się przemycić wilka we wilku zachowując zajebistość reszty inwentarza? Sprawdźmy.

Spuszczę deczko parę z gwizdka już na wstępie - "Thrice Woven" to, jestem tego niemal pewien, najlepszy album Amerykańców, na jaki stać ich w tym momencie. Nie wiem w jaki sposób (domniemuję, że - pradoksalnie - dzięki nudnej, ale... powiedzmy, że uduchowionej "Celestite"), ale komuchy wykształcili sobie w pełni wrażliwość muzyczną do tego stopnia, że tego tu materiału słucha się calkowicie w opozycji do metek, jakie na zimno można jej przykleić. To nie jest Twój czorny i srogi black, to nie jest black ludowy, w końcu - to na pewno nie jest album, który nawet po pijaku wrzuciłbym do wora z głupim mianem cascadian black. Wilki prezentują tu po prostu muzę oderwaną w sposób równie techniczny, co "duchowy" od gatunkowych klisz, jak się tylko da - podobnie poczucie inności na tym poletku miałem, np. przy okazji pierwszych "większych" rzeczy od Agalloch (wyłączając "Pale Folklore" a poczynając od "Ashes...") czy choćby tych fabryczno-kosmicznych złorzeczeń z przełomu ostatniej dekady od Abigor. I to poczucie inności, poczucie, że twórcy postarali sie uczynić ze swojej muzyki danie specjalne i z tak silną, lecz nienarzucającą się osobowością, poczucie, że nowa twórczość czizburgerów rozdzielona jest nie tylko od grubo ciosanych, podporządkowujących etykietek, ale też od czasu, od właściwym danemu okresowi w sztuce stygmatu, to wszystko ubarwia "Thrice Woven" w sposób potężny i decyduje o podarowaniu jej - równie specjalnych jak sama płyta - uczuć ze strony odbiorcy, jego oddania, przymykania oczu na zbyt oczywiste "inspiracje" czy jednowymiarowe partie (wokalne, na ten przykład) i inne gorzkie ceregiele.

Jak napisałem wyżej - różnorakich wpływów jest tutej od chuja i typowo są to zapożyczenia dość proste w rozszyfrowaniu. Przykładowo otwieracz "Born from the Serpent's Eye" to z początku środkowy Agalloch, by później wraz se swą umowną progresywnością pójść w rejony dokładnie wyeksplorowane przez takie nazwy jak Negura Bunget (też w okolicach środka dyskografii) czy wydawane w tamtej dekadzie, przesmaczne longpleje Drudkh. Kolejny, nieco surowszy, ale zdecydowanie bardziej przestrzenny "The Old Ones Are With Us" to chyba najbardziej w mańkę klasyków Wilków grany szlagier, opatrzony prześlicznej urody melodią przewodnią - melodią, trza wspomnieć chybcikiem, żywcem zapierdoloną z drugiego krążka Saturnus, ale sposób w jaki wprowadza swoją epicką piękność w lodowate pasaże malowane gitarą sprawia, że nie mam tego faktu nikomu za złe, robi przerażająco dobrą robotę. Komplementarnie, na tym tracku Wilki odpierdalają jakiś Blood Axis czy inszą neofolkową pierwszorzędność, serwując stosowny fragment między bardziej zawichrowane bloki mozaiki dźwiękowej. Trzecia aranżacja, czyli 10-minutowa "Angrboda" to rzecz też z początku dość sroga, ale trzymająca się wyraźnie nastawionej na misterne kreowanie klimatu kontrukcji albumu. Wpół drogi utwór nieco spokojnieje, a po krótkim, ambientowym interludium, zimne riffowanie zastąpione jest charakterną, acz trzymającą nerwy na wodzy, setnie brzmiącą gitarą (jak koniecznie chcesz porównania, to druga "Memoria" BaN jest właściwym punktem odniesienia). Taki zabieg jako żywo przypomina mi patenty stosowane przed tysiącleciami przez... Pink Floyd - wiem, ta nazwa brzmi bezczelnie w kontekście recenzji albumu - bądź co bądź - black metalowego, ale sam posłuchaj i oceń. Potwierdza to wyraźnie progresywne ciągoty muzyków i chęć do tworzena naprawdę złożonych, misternie (no, ale bez przesady) skomponowanych dziełek mających przetrwać długie lata bez narażenia sie na generowanie nudy. Na koniec płyty zostaje nam rzucona ambientowa miniatura "Mother Owl, Father Ocean" mieszająca rusałkowe zawodzenia z dźwiękiem zapierdalającego w dolinach wiatru i  przechodząca w kończący album z naprawdę fantastycznym jebnięciem "Fires Roar in the Palace of the Moon". Tutaj zimna, klimatyczna patatajnia poprzetykana jest raz to nieco industrialnym walcowaniem (znowu BaN), raz to nieco melodyjną młócką, kończąc się kolejnym, ambientowym maluszkiem, tym razem oddającym dźwięk fal zapierdalających przy brzegu oceanu. Deczko źle wygląda na papierze taka charakterystyka dzieła, która złożona jest z porównań do dokonań innych artystów, ale praktyka robi swoją robotę, bo te wszystkie wpływy, stylizacje nabierają w końcu wyraźnego jak pałac kultury sznytu właściwego tej, i tylko tej płycie.

Nie ma co w tym przypadku pierdolić kocopołów o jakichkolwiek rewolucjach, po powyższej analizie wysnuć można, że czegoś lśniącego nowością nikt tu nie uświadczy (chyba, że słucha podobnego rżnięcia od miesiąca, ale wtedy musiałby trafić na Wilki chyba przypadkiem, albo nosić rozciągnięty sweter), ograniczyć możemy się do bardzo przyjemnego epitetu - "zjawiskowy". Bo mimo, że wokal charczy jako bosostopy dzikus, gitary często tną skórę srogim chłodem, a strategicznie użyta podwójna stopa napędza tą dźwiękową burzę, to muzykę Wilków na nowym albumie, już przy pierwszym, zdawkowym kontakcie z nią określiłem jako "delikatną". Nie jest jej istotą napędzać czyjekolwiek nienawistne hucie, jakim sprzyja powszechnie podobna stylistyka od setek lat, zamiast tego oddać ma głębsze uczucia artysty, którym to właśnie warstwa bitowa albumu oddaje należną sprawiedliwość, mimo swej surowości - absorbując smakowitosci jakie sam zespół wykształcił na przestrzeni lat, ale dodając do nich właśnie te nowe, zjawiskowe emocje jakim oddany jest w całości "Thrice Woven", nawet, jeśli nie są to odczucia wybitnie oryginalne.

Ciężko uznać "Thrice..." za najlepszą płytę tych górskich hipisów, z uwagi na to, jak bardzo różni się od ich pierwszych, też przynajmniej bardzo dobrych dokonań. Ale powiem Wam tak - pomimo, że album wciąż badam regularnie w pełnym metrażu, to jedyne, czego trzeba mi w tym momencie, to jakaś zajebana syfem srożyzna, żeby jakoś zrównoważyć miłe złożenie i progresywność "Thrice.." z glutowanym syfem czegokolwiek innego. Muzyka amerykanów w sposób naturalny dostaje się do krwiobiegu (cliché!...) i bezpośrednio działa na nastrój, wiec - jak ze wszystkim - nie należy z tym gównem przesadzać. I z tą przestrogą, jako i z naprawdę galant, nową muzyką WITTR zostawiam Was w ten grudniowy wieczór.

Jak chcesz skomentować, to się zaloguj - opłaci Ci się, koleżko!


Komentarze(0)