Loading

Nowy szajs muzyczny

Zhrine - "Unortheta" (2016)

Nekro      12 marca 2017      Recenzje, Muzyka

Będę hegemonem konsekwencji - jak już uhonorowałem ten dziwny, czerno-biały projekt mianem najlepszej okładki muzycznej poprzedniego roku (nagroda, baniak bulionu i stare trampki na grubej podeszwie juz odebrał FedEx), to wypadałoby napisać coś konkretniej o tym, co za tym kowerem się kryje. Szczególnie, że aura tajemnicy wokół Zhrine gęsta jest jak kożuch na letnim mleku.

No dobra, może AŻ TAK gęsta i nieprzenikniona jak ten kożuch to nie jest, bo jakieś biograficzne szczegóły Zhrine nie są trudne do wyszukania, a do tego zespół prowadzi profil na pejsbuniu, ale to ich twórczość - przysłowiowa trąba zagłady przepuszczona przez maszynkę do niszczenia głowy - ona cuchnie zjełczałym smrodem demonicznej tajemnicy życia, śmierci i wielkich potworów. Co ja piszę.

Zhrine to twór z dalekiej Islandii, a "Unotheta" to ich pierwsza próba długodystansowa - wcześniej wyłożyli tylko demo "Spewing Gloom" z '15 (według metal-archives, ja pierwsze słyszę), ale to nie wszystko. Jakby ktoś się frapowal skąd pochodzi ich sroga nazwa - to wariacja słowa "Shrine" - bo pod taką banderą chłopaki działali dwa lata temu - wicie, coś jak Sadistik Exekution albo "ov" u Holocausto - dodaje to plus siedemnaście do splendoru czarnego lorda i aniołów śmierci. Ta... Warto jeszcze wyciągnąć z lamusa, że kapela wywodzi się od deathowego Gone Postal (całkiem niegłupi, sprawdźcie kawałek pod tym akapitem), który wydał w zeszłej dekadzie kilka rzeczy, a w składzie jest gitarzysta potężnego jak duży kalafior Svartidaudi. Fundamenty są więc silne i solidne, a jakiż gmach na nich wzniesiono?

Zhrine zajmuje się specyficzną i rarytasową istotą ekstremy uprawianą ostatnio przez takie nazwy jak Inter Arma czy The Great Old Ones - chodzi o mocno kombinowany, quasi-progresywny w swym duchu black (z większa lub mniejszą nutą death) opleciony wolniejszymi, klimatycznymi mackami czegoś, co kolokwialnie można nazwać "atmospheric sludge" - chociaż nigdy taka łata mi się nie podobała - powstała chyba tylko po to, żeby nie wrzucać Melvinsów i Isis do jednego wora, albo uhonorować Neurosis właściwym tylko im (i pizdylionowi z nich rżnących) gatunkiem, coś jak djent czy inszy chuj. Fanaberie fanaberiami, chodzi jeno o to, że agresja przeplatana jest klimatem, a oba te składniki grają na równych zasadach stanowiąc dwie kolumny, na których stoi zajebistość (lub nie) danego materiału - nie jest to nowość w żadnym spektrum, ale dobrze zrobiona, ciągle sprawia mi kupę fanu - jest w tym dużo miejsca na ekperymenty, udziwnienia i własny szlif, co przeklada się na oryginalność i zapamiętywalność danego cedeka. Bo kiedy jesteś świadkiem epickiej walki Lucyferia i Cthulhu - no to musisz czuć dziką satysfakcję...

"Unotheta" to niecałe 40 minut takiej bitwy zamkniętej w siedmiu rozdziałach. Materiał jest skrajnie nieróżnorodny - czy to w ucho kole? Może trochę, bo słuchając nawet nie wiem, kiedy jeden kawałek przechodzi w drugi, ale z niekrytą objętnością mogę to zwalić na karb stylistyki - nie miałbym nic przeciwko zlaniu wszystkiego w jeden, gargantuiczny utwór - Sleep (albo, np. Darkestrah) się udało, a estetyka Zhrine też z lubością sprzyjałaby paralelnemu zabiegowi. Taka absencja róznokierunkowości ma też pewną kolejną zaletę - album chapie się w całości nie zastanawiając się, czy "te dwa kawałki na poczatku miały to, ale później straszna chujnia, chociaż ciekawy flażolet w drugiej partii siódmej minuty czwartego kawałka, a zamykają znowu dobrze", itd. Większość utworów stoi na podobnym schemacie - nastrojowe intro - wojna - nastrojowe outro. Czasem któraś parcela przeciąga się tworząc albo klimat albo kolejną krwawą łaźnię - i to jest, wydaje mnie się, clue tego, co debiut Zhrine chciał przekazać - plamy krwi na jedwabiu czy wybuch słońca w przestrzeni kosmicznej - jeśli tak, to ja to kupuję i bardzo dziękuję rączki całuję. 

Wada jest co prawda taka, że album nieco traci na pierdolnięciu - jakoś w drugiej połowie kawałki zlewają się w motywy uprzednio serwowane i nie robią już tak mocarnej roboty, jak kilka pierwszych, ale biorąc w rachubę wspomniany gdzieś wyżej metraż "Unotheta", to nie jest zbyt dotkliwa niedogodność, szczególnie, że i w drugiej połowie znajdą się bardzo ciekawe rzeczy, np. bardzo zimny "The Earth Inhaled" które robią smakowitą robotę. Co do technikaliów, to wszystko gra - Islandczycy wiedza, jak obsługiwać swój sprzęt (hohoho!) a brzmienie świetnie pośrodkuje chłód i przestrzeń. Dość zróznicowany pod względem barwy wokal unosi się przyjemnie nad zmieniającymi tempo burzanami instrumentów - raz mamy głęboki jak Norwid growl a raz potępieńczy skrzek podawany w najróżniejszych tonacjach - bardzo klimatyczna robota, dodająca płycie, obok urozmaiconych partii instrumentalnych, sznytu i osobowości.

Islandia jakiś czas temu wyrosła na prawdziwą, ekstremistyczną potęgę, szczególnie, jeśli chodzi o te najczarniejsze regiony nurtu - po starych Solstafirach, Svartidaudi, Fortid, Wormlust czy ostatniej rewelacji Mispyrming przychodzi Zhrine, rozszerzające tamtejszą scenę o kolejne inspiracje - wchodząc na nią z mocno klimatycznym, pokombinowanym, bardzo dobrze skomponowanym materiałem upstrzonym genialną okladką. Wejście islandzkiego smoka. Obadaj.

Jak chcesz skomentować, to się zaloguj - opłaci Ci się, koleżko!


Komentarze(0)